Wołanie ze Smutnej Galaktyki

 

(Z Wiktorem Żwikiewiczem, w poprzednim wieku, w innych czasach, wymienianym wśród najlepszych pisarzy SF, dziś - pośrednio z własnej woli – zamkniętym w bunkrze nieistnienia, w którym za cenę głodu i poniżenia kontempluje wolność -  dyskutuje Alicja Dużyk, red. nacz. „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego")

 

PISARSTWO - CZEMUŚ MNIE ZANIECHAŁO?

Alicja Dużyk: - Spod tej samej gwiazdy co Stanisław Lem, kolega Janusza A. Zajdla, kompan Marka Oramusa, Macieja Parowskiego, Adama Snerga-Wiśniewskiego, Marcina Wolskiego, Lecha Jęczmyka i in., dzisiaj dla wielu jesteś nieznany. Dlaczego?

Wiktor Żwikiewicz: - Słuszne pytanie. Byłem kompanem. A kto pamięta kumpli Aleksandra Macedońskiego czy Bonapartego? Oni przeszli do historii, a ja miałem zaszczyt być uczestnikiem ich batalii.

- Co za kokieteria. A nie byłeś czasem na pierwszej linii? Z kim się przyjaźniłeś i co Was łączyło?

- Kto był na pierwszej linii, a kto w intendenturze, to marność nad marnościami, jeżeli udało nam się wygrać jakąś bitwę.

- A udało się?

- Chyba tak. Każdy walczył, jak umiał i zwykle o co innego, ale w sumie nie zostaną po nas puste transzeje, leje i blizny po napalmie.

- Mocne i wybacz… patetyczne.

- A ja myślałem, że dowcipne. Dobrze, zacznijmy od prokreacji. Na pewno nie byłoby mnie na świecie bez moich Jin i Jang oraz Lecha Jęczmyka. To był taki facet, który tłumaczył na polski, co gościom anglojęzycznym imaginowało się, że mają do powiedzenia. On też czynił, co czynił – wspaniale, a bez wielkiego zadęcia. Pamiętam jak to wyglądało – my już mamy strita w oczach na myśl o komputerach, a on skrobie piórem na płachtach papieru wielkich jak kartki z dziecinnego bloku do malunków. I wszystko to w byle kuchni, kartka lub zeszyt na jednym kolanie, na drugim jakiś Vonnegut. Kuchnia to chyba było jego środowisko naturalne. Mogę to zrozumieć. On z ichniego przekładał na nasze, a ja przy nim po prostu uczyłem się myśleć po polsku. Poza tym – pragnienie przyjaźni to ja miałem ogromne, prawie jak miłości, ale mieć przyjaciół to fraszka, a samemu sprawdzić się w tej roli - to nas zwykle przerasta.

- Wciąż się wymigujesz. A może ja powinnam to powiedzieć. Sądzę, że nie tylko byłeś wśród najlepszych, ale jesteś jednym z najlepszych pisarzy SF. Przecież Twoje książki wydawały wiodące wydawnictwa, w nakładzie do 200.000 egzemplarzy!

- Może i za masowość powinienem dostać nagrodę imienia McDonald'sa. Ale to mało świadczy o jakości, że pominę dobry smak.

- Ależ ludzie czytali Twoje książki!

- Bo komuna miała patent na masowe czytelnictwo: GŁÓD! Niezaspokojenie to siła napędowa rozwoju każdej osobowości i cywilizacji w całości. Gdy dzisiaj wchodzę do księgarni po minucie mam odruch wymiotny z przesytu. Ale załóżmy, że ktoś czytał moje szczeniackie wprawki literackie, to byli hardkorowcy tamtej epoki, zwyczajni masochiści. A czy jestem jednym z lepszych? Nie, nie jestem. Mam w sobie tyle tylko zadęcia, żeby stwierdzić, że mogłem być dość dobry, ale zabrakło samozaparcia.

- Dlaczego masochiści?

- Ależ to oczywiste! Sam ledwo rozumiem, o co mi czasem chodzi w tym, co piszę.

- Nieprawda.

- Oczywiście. Tak mówię tym, którzy narzekają, że nic nie zrozumieli. Dbam o dobre samopoczucie bliźnich. Niemniej ja przecież zawsze wiem, czego chcę. Inaczej bym się do tego nie zabierał. Nie wciskam ludziom kitu, tylko nie bardzo mnie bawi podtykanie pieluch i dbanie o komfort starych dzidziusiów. Zresztą i tak sztuka polega nie na tym, co sobie założy twórca, lecz na tym, co przeżyje odbiorca.

- Cytuję: „Jego przygoda z ulicą i bezdomnością rozpoczęła się na początku tego wieku z dnia na dzień. Po prostu, któregoś dnia wyszedł na ulicę, zostawiając za drzwiami domu, wszystko, co – jak twierdzi – najbardziej kochał w życiu. Z tamtego dnia pamięta tylko przejmujące zimno, które szybko stało się normalnością, jeśli nie dni, to nocy. Tak mijały kolejne miesiące. Spał gdzie popadło – w parkach, na strychach, w zalewanych wodą piwnicach starych kamienic. Nie jadał przez wiele dni. Czasami w skrajnym wyczerpaniu zaglądał do dawnych przyjaciół, żeby go nakarmili. I znowu na ulicę" – pisze Krzysztof Derdowski w posłowiu do Twojego ostatniego zbioru opowiadań „Kajomars", Bydgoszcz 2005. Czy nie szkoda Ci było zaniechać pisarstwa?

- Może zapytaj pisarstwo, czemu zaniechało mnie? Sądzę, że był to rozpad związku za zgodą obu stron. Tak uczciwie – muszę się przyznać, nigdy nie miałem poczucia bycia pisarzem. Tu chyba trzeba mieć w sobie trochę pychy, bo ja wiem – mesjanizmu może. A to są rzeczy zupełnie mi obce. Zwyczajnie – przeżyliśmy z sobą kilka miłych chwil i każdy poszedł swoją drogą. Ujmijmy to inaczej – nie ma ludzi, którzy rodzą się pisarzami, ale są tacy, którzy tak umierają. Ja jestem gdzieś po środku. Dla mnie to zawsze była tylko świetna zabawa, jak w palanta na podwórku. Może zadziałało przysłowiowe zmęczenie materiału, a może odechciało mi się bawić? A może bajka jest jeszcze inna? Zdarzyło się, że odechciało mi się żyć, a moje życie - to było pisanie przecież. Lubimy się nadal, chociaż nie chodzimy razem do łóżka. Literatura doskonale potrafi obejść się beze mnie, a ja bez niej – trochę gorzej, ale jakoś wciąż oczami po tym świecie świecę.

- I nie mogąc pisać, w głowie notujesz historię przyszłych zdarzeń, a nawet światów.

- Nie notuję. Tak długo będę szczęśliwy, dopóki mi coś przez głowę przelatuje. Spowiadać się z tego na papierze? Myśl ma skrzydła, papier to trumna. Mało mnie bawi utrupianie tego, co lotne i… przelotne.

- To co Cię dzisiaj bawi?

- Wciąż to samo – MYŚLENIE. A precyzując – generowanie pomysłów. Samemu dla siebie. A może nie tylko. Trafia do mnie teoria, że pewne idee w określonym czasie po prostu wiszą w powietrzu. Jeśli ja na coś wpadam, to znaczy, że ktoś-gdzieś walnie w to samo. Nie ma tak, że gdyby nie Albert Wielki, to by nie było Hiroszimy i Nagasaki. Wszystkie gruszki na wierzbie dojrzewają mniej więcej w tym samym czasie. To samo dotyczy fizyków, astronomów, informatyków i pisarzy również. Ale jeśli mam tę pewność, to po diabła ubierać w piękne słowa coś, co ledwie mi się zamajaczyło, a co ktoś zrozumie może lepiej i napisze sprawniej?

- Ktoś, ale nie Ty.

- A jakie to ma znaczenie? I tak nikt nie ma pojęcia o rzeczach naprawdę dobrych, jakie napisałem, bo je zgubiłem, albo wyrzuciłem na śmietnik.

 

PASOWANIE NA RYCERZA

 

- Wiem, jesteś abnegatem. Ale przecież zanim „wyszedłeś" – to „byłeś" praktycznie wśród najlepszych. Jak to się zaczęło?

 - Marzenia i pragnienia. Albo człowiek je ma i do czegoś dąży, albo nie. Dzisiaj mam trochę doświadczenia zamiast pragnień, ale na pewno zostałem z nich poczęty. Od przedszkola miałem w głowie świra na punkcie historii i prehistorii, tak samo pasjonowała mnie grzybnia jak majaki kosmogonii. W szkole podstawowej wołano na mnie Astronom. Ale równie dobrze, już wtedy mogła do mnie przylgnąć ksywa Diplodok, albo Krzemienna Siekierka. Początkowe opowiadanka pisałem do „Młodego Technika", tam udało mi się błysnąć w pierwszym w życiu konkursie. Tam zresztą poznałem Zajdla, Wnuka-Lipińskiego, Parowskiego i Oramusa.

- To wtedy, gdy uciekł pociąg, odleciał samolot, a Ty – długowłosy hipis - jechałeś do Warszawy taksówką...

- Przecież trzeba było zdążyć. To było moje pasowanie na rycerza i miało mnie tam nie być?! Pamiętam, jak szacowne grono warszawskich krytyków i wydawców unosi się od wielkiego stołu, żeby gratulować temu spóźnionemu prowincjuszowi nagrody za opowiadanie „Wołanie na Mlecznej Drodze". A on ma jedno w głowie: na dole stoi taksówkarz z Bydgoszczy, który mnie tu dowiózł tylko na piękne oczy, bo nie miałem w kieszeni ani grosza, więc myślę jedno: dajcie mi wreszcie tę kopertę, wrócę jak zapłacę.

- Ale kiedy dali te pieniądze, to jak było z przejściem przez magiczne wrota?

- Świetnie. Chyba z pięćdziesiąt osób, a ja widzę jedną, atrakcyjną Muzę i jak przystało na laureata mam farta – pani Ewa Troszczyńska okaże się później moją wspaniałą redaktorką. Śniła mi się po nocach, ale nigdy tego z siebie nie wydusiłem. Tyle o „wejściu smoka". Teraz serio. Ludzi multum, a ja widzę tylko trzy pyski. Trzem osobom śmieją się oczy. Jeden starszy gość, drugi w pełni, trzeci taki studencki gówniarz. Co się okazało? Ten pierwszy to był sam naczelny „MT", pan Zbigniew Przyrowski - bystry dziadek, bez niego świat chyba byłby trochę bardziej pusty. Ten drugi, to Zajdel, a trzeci to Parowski. „Zakochaliśmy" się w sobie od pierwszego wejrzenia.

- Właśnie, dzisiejsze gwiazdy SF, w Twoich opowieściach to zapaleńcy z emanującymi oczami. Dowcipni, czasem nieodpowiedzialni. Jak wtedy żyliście?

- Dokładnie tak. Kiedy z piwem, czy z dobrą whisky siadaliśmy przy jakimś kominku, albo przy pierwszym ZX Spectrum, za drzwiami przecież jak śnieżna zawierucha hulała sobie komuna, a my mieliśmy swój świat, w którym jej pohukiwania zatrzymywały się zwykle na wycieraczce. Może to zabrzmi mało kombatancko, ale mieliśmy swój SyF i ta cała głupota mogła nam skoczyć na kant. Byliśmy ponad. Mogła komuna zamknąć pysk gazetom, pisarzom -realistom i innym swoim własnym mediom, ale nie nam, specom od SF. Nie Zajdlowi przecież, nie Wolskiemu, nie Wnukowi, nie Markowi i Maćkowi, później nie takiemu politycznemu zwierzęciu jak Ziemkiewicz, bo fantastyka ma to do siebie, że można w niej przemycać treści obrazoburcze. Jak w kabarecie. Oczywiście, trzeba mieć jeszcze charakter. Ale gdyby SF ktoś odkrył w takim średniowieczu, to i Galileusz może by się nie bał skwierczenia na stosie.

 

Z UMYSŁOWYM FELEREM NA PUNKCIE SF

 

- Maciej Parowski podczas „Festiwalu Książki" 2006 w Bydgoszczy, powiedział: „Science fiction to analiza postępu technicznego oraz różnorodnych technologii społecznych, stąd miasto, ludzie, systemy antyutopijne, poszukiwanie... Horror to nic więcej jak opowieść o złu, które dopada nas w nocy. To przygoda duszy z fenomenem zła. A fantasy? - marzenie o miejscu, w którym funkcjonują prawa oparte na decyzjach serca, magii, zobrazowane w świecie naznaczonym rzeczywistością nietechniczną, w przestrzeniach średniowiecznych". A według Ciebie?

- To problem złożony. Z uporem starego maniaka rozgraniczam dwa hieroglify: FANTASTYKA i SF. Fantastyka, to coś, co w formie literackiej, malarskiej czy filmowej realizuje, a przynajmniej stara się zaspokoić starą jak świat potrzebę człowieka, ważniejszą niż oddychanie, potrzebę magicznego myślenia. SF jest czymś zupełnie innym. To bliźniacza siostrzyczka Fantastyki, ale jednak nie ona sama. Człowiek pierwotny poznając świat nie oddzielał empiryzmu od swoich magicznych o tym świecie wyobrażeń. Z czasem drogi rozwoju tych dwu narzędzi poznania rozeszły się w szwach. Nawet filozofia przestała być sztuką, a - cholera wie po co - stała się nauką. Mamy więc naukę z jednej strony, a kulturę z drugiej. Fatalny dysonans. Ktoś jednak kiedyś, nie wiem kto i kiedy, i czy to było świadome, wpadł na pomysł, żeby przez tę przepaść przerzucić przynajmniej wątłą kładkę, to była SF i to jest SF.

- Niemniej, chciałabym, aby padło to, czym wtedy była dla Was FANTASTYKA? Pamiętasz? Przecież to mniej więcej w tym czasie, gdy zawitałeś w Warszawie, zaczął się klarować cały ten ruch miłośników fantastyki naukowej...

- Fakt. Ale to proste. Jeśli widzimy jakieś społeczne poruszenie, jeżeli jakieś cząsteczki elementarne sklejają się z innymi, to może znaczyć jedno, albo ktoś trafił na nową przestrzeń do świetnej zabawy, albo ktoś ma w tym jakiś interes. O interesie w czasach komuny trudno mówić, pozostaje pierwsza ewentualność. Byliśmy młodzi – wszyscy, nawet Boruń i Trepka byli duchowo młodsi od wielu nastolatków, a od drogiego Leszka Jęczmyka to chyba każdy był poważniejszy. Młodzi ludzie mają potrzeby stadne, boisko do piłki, albo - no właśnie - dla nas totemem, pod który zaczęli się garnąć młodzi ludzie było SF, pod tym stadnym sztandarem mieliśmy poczucie magicznej siły. Czy ona tam wtedy była? Nie wiem. Dzisiaj młodzi ludzie grupują się pod znakiem Yedi – to rozumiem, albo małpują Simsów – tu cierpię. Ale cóż, każde pokolenie ma swój sztandar.

- Wy mieliście srebrny skafander?

-  I magnetyczne buty. Ale tuż obok ktoś miał UFO i zieloną żabkę. Pamiętam kongres miłośników SF w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. W sąsiedniej sali gromadzili się wyznawcy UFO. Szedłem z Oramusem korytarzem i w jakimś zakamarku dostrzegliśmy pierwszomajowe ochłapy komuny, kubły z czerwoną farbą, stosy transparentów itp. Złapałem pędzel i na kawałku białej szmaty napisałem kulfoniastymi literami; „UFOj a będziesz zbawiony!". Powiesiliśmy ten transparent ufiarzom nad wejściem do sali, no i czekamy, jakie będą mieć miny. Zrobili z nas dupków, przechodzili pod tym hasłem z profesorską powagą i ze zrozumieniem kiwali głowami. W tych naszych zauroczeniach jest wiele infantylizmu, ale to w sumie piękne.

- Przy końcu 1982 roku powstało pismo „Fantastyka". Pewnie znasz jakąś fantastyczną historię dotyczącą jego powstania?

- Każde zdarzenie ma wielu świadków i wszyscy to samo widzą jakoś inaczej. Nawet Chrystus miał aż dwunastu apostołów. Nie jestem historykiem, który rejestruje rzeczywistość. Zawsze byłem tylko frajerem dostrzegającym mity. Mogę powiedzieć coś, co nie wydaje się prawdą, ale jest moją prywatną legendą powstania „FANTASTYKI". Po konkursie w „Młodym Techniku" przyczepił się do mnie jakiś dziwny facet. Chyba odrobinę młodszy, ale na pewno z innej bajki niż ogólnie dostępna, smutna szarość socrealizmu. Zabrał mnie w samochód i zaczął obwozić po Warszawie i przedstawiać aborygenom. Tak poznałem niejakiego Jacka Rodka, jak na tamte czasy postać zupełnie niezwykłą. Za drzwiami dogorywa czerwona mgła, a on jedną nogą tkwi już w Innym Świecie. Zaprzyjaźniliśmy się natychmiast, a ja i dzisiaj cenię tego gościa bardziej chyba, niż on siebie. Facet na pewno był porąbany od dzieciństwa i wcale mnie nie zaskoczyło - kiedy poznałem jego matkę i ojca - iż byli siwi jak para gołąbków. Karierę oryginała zaczynał gdzieś na brzegu Wisły, gdzie samodzielnie zmajstrowaną petardą wysadził sobie rękę, a potem z płonącą pochodnią dłoni nad głową rozpaczliwie skakał po nabrzeżu, a kumple wkoło szczali z uciechy. Szkoły jakieś pewnie kończył, bo wypadało kończyć. Ale jak przyszedł czas na studia, to go ojciec zesłał na Sybir, żeby sobie postudiował fizykę jądrową w Instytucie Łomonosowa. Tatuś był optymista. Czerwoni Bracia błyskawicznie rozpoznali dywersję i wyrzucili Rodka na zbity pysk, pod zarzutem rozpowszechniania w Sojuzie parszywej pornografii. Co fakt to fakt. Jacek zawsze był facetem niewyżytym i w bagażu dyplomatycznym tatusia przemycał do ojczyzny, co tylko było zgniłego w Innym Świecie. Mało kto zdaje sobie sprawę jak ogromną rolę na swoim maleńkim podwórku minowania systemu odwalił niejaki Rodek. 

- Kiedyś mówiłeś, że walczył oryginalnie, dawał ludziom kuszące objawienie... 

- W bagażniku samochodu Jacka docierały do Polski wszystkie najlepsze, a na pewno co bardziej wywrotowe książki i filmy, piękne jak „Legenda" czy „Conan Barbarzyńca", głupie jak „Salo" Pasoliniego i szokujące jak „Głębokie gardło". Jacek nie oceniał i nie cenzurował, z dziką rozkoszą przewoził to, co zakazane, orwellowskie, bulwersujące, albo zmuszające do myślenia. Na pewno takich ludzi było wielu, ale trefny towar trzymali w piwnicach i tylko dla siebie, no może i dla cioci. A Jacek miał w sobie posłannictwo prawdziwego ekshibicjonisty: jeśli coś mam, to żadna radocha, dopóki nie pokażę innym. W Bydgoszczy tysiące ludzi oglądały takie filmy w klubie studenckim „Beanus", ale podobne spędy odbywały się też w każdym innym mieście, a na pewno na każdej wyższej uczelni w kraju. Na tych seansach zbierały się kiedyś przyszłe elity polityczne i kulturalne. Ręczę za to głową, przynajmniej jeśli chodzi o prowincję, a i w stolicy do takich Hybryd „coś" naganiało przyszłych prezydentów RP. Ktoś siał, ktoś zebrał żniwo.

- Jakie jest przejście od Conana Barbarzyńcy do „Fantastyki"?

- Proste, jak drut. Kiedy sowieci pozbyli się Rodka, coś z nim tata-dyplomata musiał począć w kraju. W tym czasie, w Warszawie zawiązała się już niezła paczka przyjaciół z umysłowym felerem na punkcie SF. Grunt był przygotowany. Właściwie to u Jacka w domu, przy piwie spotykała się cała przyszła redakcja pierwszej „Fantastyki". To wszystko byli kumple z tego samego podwórka, wspaniałe osobowości - jak Darek Toruń, Maciek Makowski i Andrzej Wójcik, albo kibice jak Leszek Jęczmyk, Parowski, Oramus. Obserwowałem to, bo mi matka natura dała dar postrzegania, a dzięki Rodkowi miałem gdzie w tej Warszawie mieszkać. Kto i kiedy wpadł na sam pomysł, to już nie miało znaczenia. Rzymskie Parki rzecz przesądziły dużo wcześniej. Potrzebny był jeszcze na Naczelnego człowiek, którego przełknie komuna. Młodzi bystrzy ludzie od razu dostrzegli w „Trybunie Ludu" felietonistę, który już sobie skrzywił pióro w czymś podobnym do SF. Tak się objawił pierwszy naczelny „Fantastyki" czyli Adam Hollanek. Ale tak naprawdę, w moim micie, powstanie „Fantastyki" to dzieło Taty Rodka, który w Komitecie Centralnym wynegocjował zgodę na nowy tytuł czasopisma, gdzie jego dzielny syn będzie skromnym Zastępcą Naczelnego.

 - Które wydarzenia utkwiły Ci najsilniej w pamięci na przestrzeni lat funkcjonowania pisma?

- Och, właściwie jedno wielkie wydarzenie i to trwające od dnia stworzenia do dzisiaj. Moja ukochana „Fantastyka" nigdy nie wydrukowała żadnej mojej wypociny. I chwała Jej za to. Ma dla mnie przynajmniej urok dziewicy. [Tak było jeszcze w dniu rozmowy – red.]

- Znając ciebie pewnie nigdy nic im nie zaproponowałeś!

- Ależ flirtowaliśmy! Tylko, że oni chcieli Żwikiewicza, jakiego sobie ubzdurali po tomikach z serii „Stało się Jutro", a nie tego, który wyrósł z tamtego becika. Żeby nie być gołosłowny – napisałem nawet tekst na ZAMÓWIENIE pisma. Odleżał się w redakcji z pół roku. Miałem szczęście, że tymczasem na świecie pojawił się Grzędowicz i mój „Suweren – motyw falliczny" ukazał się w „FENIKSIE".

- Musieli mieć jakieś swoje racje.

- Pewnie! Dla nich byłem ich kumplem, a nie pisarzem. Poza tym, to było po Stanie Wojennym. Ja zawsze miałem swojego politycznego zadziora, a oni – prywatnie odważni jak legion Szwejków – na łamach woleli wstrzemięźliwą grzeczność.

 

FASCYNOWAŁA MNIE WSPINACZKA

 

- Przyznaj, że po prostu trudno z Tobą dojść do porozumienia.

- Przyznaję. Wszyscy mamy swoje rogi i kopyta.

- To może zapytajmy: Skąd wzięły się twoje „rogi i kopyta"? Którzy z diabolicznych autorów, niekoniecznie SF, wywarli na Ciebie największy wpływ?

- Łatwiej by było, którzy nie wywarli. Miałem gdzieś sześć lat, kiedy zacząłem pożerać książki. Pamiętam pierwszy tekst, który przesylabizowałem samodzielnie „od deski do deski". To była „Bajka o żelaznym wilku", wydana przed Drugą Światową, przechowana w rodzinnym kuferku. Naprawdę nie wiem, czy ta bajka i inne „Klechdy domowe" nie miały większego na mnie wpływu, niż późniejsze fascynacje „Grą szklanych paciorków" Hessego, czy „Smutkiem tropików" Lévi-Straussa. Ale wiem jedno, nie mógłbym pożreć swego czasu takiej ilości książek, gdybym do którejś naprawdę się przywiązał. Wszystko to były stopniami moich „schodów do nieba", tak samo „Tajemnicza wyspa" Juliusza Verne'a, jak wspaniała popularyzacja filozofii religii wykonana przez Mircea Elliade. Dajmy temu spokój, musiałbym wymieniać całą literaturę, cegła po cegle. Opowiem lepiej anegdotkę. Kiedy jako dziesięciolatek poprosiłem panią z miejskiej biblioteki publicznej w Bydgoszczy o „Ucztę" Platona, pani patrzyła na mnie dziwnie, ale książkę dostałem. Sprawdziłem później, to był JEDYNY dostępny w Bydgoszczy egzemplarz przedwojennego wydania „Uczty". Szkopuł w tym, że książka miała nierozcięte strony. Wszystkie! Tak się onegdaj wydawało książki, aby zasiąść do „Uczty" trzeba było rozcinać złożone arkusze papieru i samodzielnie robić z nich strony nadające się do wertowania. Dobrze – nikt tego nie czytał od przedwojnia, to zrozumiałem, ale do dzisiaj zachodzę w głowę, jakim sposobem moje rodzime środowisko dorobiło się w tym czasie całej rzeszy profesorów filozofii.

- Już sam twój styl pisania zdradza, po jakie lektury sięgałeś. Mam nawet wrażenie, że próbowałeś do SF wprowadzić warsztat Kafki, Becketta, Bułhakowa?

- To brzmi pompatycznie. Zawsze lubię podkreślać, że Kafka – tak, Dostojewski – jeszcze bardziej, ale równolegle – mistrzowie zwykłego kryminału – jak Homer, Szekspir, Pani Agata, Chandler czy MacLean. To ostatnie nie bardzo mi wychodziło, ale mówimy o intencjach. Dzisiaj byłbym lepszy.

- No właśnie: „Dzisiejsza fantastyka stała się prymitywnym odzwierciedleniem wyłącznie dominujących i tak aktualnych penetracji nauki i rozwoju techniki, nie mówiąc o manowcach ziemskiej kultury i socjologii. SF naszej doby zagwarantowała sobie dopływ świeżej krwi na zasadzie pasożyta żerującego na fali koniunktury, bieżącej mody, snobizmów. [...] Przypadła nam smutna rola naocznych świadków degradacji byłej awangardy literackiej na niziny cywilizacyjnego śmietniska kultury" – krytykujesz w genialnie „wrzuconym" intertekstualnym autoposłowiu, wplecionym w wydarzenia „Drugiej jesieni" z 1982 r. Skąd taka zła ocena? Jak rysuje się sytuacja po 25. latach?

- Ech, to był trochę żart, bo nabijałem się z własnego pisania. Cały czas młodzi ludzie trzaskają świetne teksty, to nie ich wina, że literatura – w ogóle – nie jest już Hrabiną, lecz panienką z pubu. Każda ma swój urok, ja to rozumiem, ale powiem rzecz obrazoburczą – z nadzieją czekam na czas, kiedy dwie trzecie ludzkiej populacji wróci do stanu naturalnego, czyli do analfabetyzmu. Podobno komputer oducza czytać książki – chwała Panu naszemu! Jak już oduczy te dwie trzecie, to literatura znów nabierze wartości, a książka w domu będzie świadectwem szlacheckiego stanu, a nie atrapą inteligencji. O ile będzie jeszcze komuś potrzebna, oczywiście.

- Otrzymywałeś najbardziej prestiżowe nagrody w dziedzinie SF, a później złośliwie porzucałeś Czytelników, rezygnując z tego co masz. Eksperymentowałeś. Z nudów, czy w każdej dziedzinie chciałeś być najlepszy?

- Nie złośliwie, to obce mi odczucie. Nudy jeszcze bardziej. Ale pisanie dla mnie było zawsze tylko szkołą, kolejnym progiem nabywania pewnych umiejętności. Jeśli w takim opowiadanku, jak „Sindbad na RQM 57" zaplanowałem sobie połączyć wprawkę pisania według Conrada, Hemingwaya i Faulknera równocześnie, to nie po to przecież, żeby dalej tak pisać, tylko po to, żeby się czegoś nauczyć, w praktyce zastosować, a potem jechać dalej. Dokąd? Nie mam pojęcia. Prawdopodobnie do jakieś maniery pisania, w pełni zgodnej z własną naturą. Ale czy pełna zgodność jest nadal twórcza? Dzisiaj wątpię. Jako młody człowiek uwielbiałem łazić po górach i wiem na pewno, że fascynowała mnie wspinaczka. Na szczycie można było ziewnąć i ewentualnie podjąć nowe wyzwanie, wybrać możliwie karkołomną drogę złażenia w dolinę. Tak samo wyobrażam sobie twórczość. Jeśli mam dzisiaj zastrzeżenia do wielu młodych adeptów SF, to właśnie takie – wyfruną z gniazda, rozwiną skrzydła i tak ich zachwyci umiejętność lotu, że fruną, fruną... aż do piachu. Według mnie, to zmarnowany talent i całe życie.

 

NAD WZGÓRZEM PACHNIAŁO ŚMIERCIĄ

 

- Jak to łączyłeś: z jednej strony szef oryginalnych projektów, innym razem drwal w Bieszczadach?

- Zawsze trzeba mieć na uwadze aksjomat niewzruszony, jak świat-światem: wszystko, co możesz dać innym, to ułamek tego, czego możesz się nauczyć od nich. Na to złożyły się przecież dziesiątki tysięcy lat rozwoju tej cywilizacji i miliardy indywidualnych istnień. A więc: nauka przede wszystkim. Zbieranie doświadczenia poprzez własne uczestnictwo albo poznawanie innych ludzi i czerpanie z ich doświadczeń. Faktycznie wyrąbałem w Bieszczadach własnoręcznie kawał lasu. To było chwilę po Stanie Wojennym. Zapadłem tam wczesną lodowatą wiosną 82 r. i tkwiłem  po następne przymrozki.

- Co ów czas „na wygnaniu" wniósł w Twoje życie?

- Żadnych mitów w stylu „Siekierezady". To była ciężka praca typowego drwala. Ale nie będę truł teorii. Dam drobny przykład. Kiedyś gospodarz, pan Stanisław Rusin, człowiek ogromny – z postury i umysłu – wyjechał na tydzień do Zakopca, bo chciał kupić mały wyciąg narciarski i zafundować dzieciom śnieżne szusy po połoninie. Minęły trzy dni, a zjawili się goście z Krakowa, którym pan Stanisław obiecał siedem skór ze swoich szkockich tryków pyszniących się wełną długą jak dłoń, brązową u nasady, dalej czarną, na końcu siwą do przezroczystości. Pani Krystyna Rusinowa robiła z takiej wełny genialne swetry. Ale tu nie ma skór, jest fura gości, a jak na złość skończyło się mięso, bo dwóch parobków od siekier żarło dzień w dzień z półtora kilograma na obuch. Pani Krystyna rozkłada ręce i tłumaczy gościom, że te siedem baranów mogłaby ze skóry oprawić, ale nie na żywca przecież, a zarżnąć nie da rady, bo do tego trzeba czegoś ponad wdzięk niewieści. Siedzieliśmy z Erwinem przed pustymi talerzami, ale z widelcami w garści. Parę razy pomagałem gospodarzowi, więc wstaję i mówię, że ja to zrobię. Pani Rusinowa patrzy na mnie jak na idiotę, któremu od machania siekierą coś się porąbało we łbie. Ten bawidamek, który mdleje, gdy ma założyć robaka na haczyk, chce przed krakusami szpanować, że jest chłopem. Ale co miała począć, poszła za mną do owczarni. W odwiecznej melancholii wiejskiej rzeczywistości barany idą pod nóż spokojnie, jak przystało owieczkom, bo ostatnie tchnienie wydają na tym samym stole, na którym od pierwszych brykań poddawane są corocznym postrzyżynom. Skąd mają wiedzieć, nieboraki, że akurat nie idzie o sweter, lecz o pieczeń. Ale ty masz to bydlę, większe od ciebie, wziąć za rogi i dać mu nożem po gardle, aż przejdzie między kręgami, i pilnie baczyć, żeby cała krew zeszła do wiadra, a nie w pierś gospodyni, kiedy rogi wyślizną ci się z garści. Po trzecim, największym tryku, musiałem przeprosić panią Krysię, jakoś dotarłem do brzeziny opodal chaty, chwyciłem Bogu ducha winną brzózkę i świat mi pływał przed oczami, jak u jakiegoś Philipa Dicka. Raz taki zapach miałem w twarzy, kiedy wróciliśmy do gospodarstwa, a nad całym wzgórzem pachniało śmiercią. Już sięgaliśmy po swoje siekierki, ale gospodarz wyszedł na próg i spokojnie powiedział; nic to, wilki pobiły kilkanaście owieczek na połoninie. Poszliśmy tam i z godzinę zbieraliśmy truchła rozwleczone po okolicy. Zostały tylko białe kłaki na kamieniach, na chojarach – jakby spadł śnieg, gdzieniegdzie różowy trochę. To nie był mój świat, ja się do niego nie nadaję, ale czasami trzeba wyjść z siebie i stanąć obok. Więc i teraz wróciłem, jak już wyplułem, co mi zostało między zębami. I dokończyłem rzecz. Mój przyjaciel Erwin nie odezwał się do mnie dwa tygodnie, bo jakże ja – subtelny intelektualista – mogłem popełnić taką zbrodnię. Ale swoją porcję mięcha dalej co dzień zmiatał z talerza jak prawdziwy heros.    

 

DOBRA ZABAWA - NAJLEPSZA NA ZMARNOWANIE ŻYCIA

 

- Opowiedz o swojej drugiej pasji.

- O kobietach?

- Nie, o rysunku i grafice komputerowej, chociaż historia kolejnych żon pewnie też byłaby intrygująca.

- Bynajmniej. Zwykła proza życia, Seneka to przerabiał i Balzak, i Kazio z Koziej Wólki. Ale my i tak musimy samodzielnie garbować sobie skórę. Wiedza to jeszcze nie doświadczenie. Tak samo, jak talent w ręku nie czyni z ciebie artysty. Coś musi się z nas narodzić, żeby mogło świadczyć o nas. Na pewno miałem łapę do pędzla i ołówka. Od dziecka rysowałem jak opętany. Ale to dała mi natura, więc przyszło zbyt łatwo. Bez bólu przesiadłem się od sztalugi nad maszynę do pisania. Pierwsze swoje teksty jeszcze próbowałem ilustrować, zostało po tym trochę grafik w „Młodym Techniku", w „Problemach", w serii „Stało się Jutro". Ale to był łabędzi śpiew. Mój talent w łapie został daleko w tyle za tym, co mi się roiło w głowie. Jeszcze trzasnąłem kilkanaście okładek do SF-ów w KAW-ie, ale to była tragedia. Za robotę tymczasem wzięli się zawodowcy, ludzie po sztukach. W redakcji „Fantastyki" przypadł mi do serca ich grafik Marek Zaleyski. Mówię mu, że mam taką a taką wizję, a on – no to zrób to. Ale ja już nie potrafiłem. On brał ołówek i w mgnieniu oka było to, o co szło. Jeszcze mnie podrażnił na tyle, że na jego biurku, na dopalaczu śniadanek i kolacji jego wspaniałej żony – świetnej pisarki zresztą -  Joanny Rudniańskiej, zmajstrowałem okładkę do powieści „Delirium w Tharsys". Ale to był ostateczny gwóźdź do trumny moich graficznych zapędów. Już nie potrafię. Jak się coś dostało od Boga, trzeba to pielęgnować. Do siekiery i zarzynania baranów inni mają talent. Dzisiaj, kiedy biorę do ręki album kogoś, kogo podziwiam na bydgoskim zadupiu – Kiepuszewskiego, Bulli, Kaji czy Solińskiego, trochę mnie chwyta za gardło. Może też bym tak mógł, na pewno chciałbym, ale oni w międzyczasie pracowali nad sobą, a nie rozmieniali się na drobne.

- Byłeś zaangażowany w setki projektów. W 1979 r. założyłeś Klub Miłośników Fantastyki MASKON, który działa w Bydgoszczy do dzisiaj (obecnie pod przewodnictwem Tadeusza Krajewskiego)? Skąd ten pomysł? Jakich ludzi przyciągnął Klub? Jak wpłynął na ich życie?

- W każdym środowisku jest zwykle sporo osobowości, które powinny się spotkać, żeby coś zaiskrzyło w ich życiu, ale nie mają ku temu okazji. Powstanie MASKONa okazało się właśnie takim punktem zwrotnym. Ludzie wymienili poglądy, wrócili do domów i nagle zaczęli pisać, działać, myśleć. Wszyscy! To było coś jak interdyscyplinarne spotkanie, które wyzwoliło energię. A co najzabawniejsze; ja już tam bywam od święta, a to trwa i przyklejają się do tego coraz to nowi młodzi ludzie, może dzięki guru - Tadeuszowi Krajewskiemu, który to ciągnie dalej.

- Na forach internetowych pojawia się opinia, że to właśnie komputer ciebie pożarł...

- Ależ tak! Jak byłem dzieckiem miałem obłęd czytania książek; dniem i nocą, z latarką pod kołdrą, kiedy rodzice kazali spać, z książką pod ławką na lekcjach, kiedy nauczyciele próbowali mnie czegoś nauczyć. Dorośli mówili wtedy – Wiktor, marnujesz młodość! Popatrz, twoi koledzy biegają z piłką po podwórku, a tamci uganiają się już za dziewczynami. A ty nic, tylko czytasz i czytasz. Marnujesz życie. No to wychodziłem – dla wprawy stłukłem kilka szyb na ulicy, fuksem strzeliłem bramkę, pouganiałem się i – wracałem do książek, do marnowania życia. Dzisiaj  mi mówią – komputer ciebie pożarł. A cóż to jest – życie? Lot ćmy nad płomykiem świecy. Jedna zrobi dwa kółka, druga trzy. Każdy ma swój sposób na marnowanie życia. Praca to najgłupszy sposób. Wymyślono nawet etos pracy. Komu to potrzebne? Cywilizacji – żeby trwała. Społeczeństwu – żeby mu kultura nie zdechła. Państwu – żeby miało czym imponować innemu państwu. Nad bramą Auschwitz napisano nawet Arbeit macht frei" („Praca czyni wolnym"). Ćmy odrabiały swoje, a potem szły do pieca. Człowiek, jako jednostka, szczęśliwy jest tylko wtedy, gdy znajdzie swój własny sposób na zmarnowanie życia. A sposób jest jeden – dobra zabawa. Dobra zabawa może być ciężka jak szychta w kopalni – wystarczy spojrzeć na piłkarzy schodzących z boiska. Ale to jednak zabawa. Jak pisanie książki – ma sens, kiedy jest pasją, potwornieje – kiedy zaczynasz być wyrobnikiem produkującym rok w rok nową tasiemcową cegłę, bo musisz z czegoś żyć, a jeszcze dorobiłeś się czytelników, których głód musisz zaspokoić. Brr! A niech się każdy sam zaspokaja! Pisanie zawsze będzie dla mnie najwspanialszą zabawą, więc coś klecę, ale jak mnie nudzi bycie sobą, to siadam przy komputerze i jestem Hero w jakimś „Fallout Tactics". Gry komputerowe, powieści, wspaniałe filmy, kultura w całości nie jest niczym innym, jak uprzyjemnianiem marnowania życia tym wszystkim, którzy twórcami nie są. Wielcy twórcy to nieustająca orkiestra tej cywilizacji, która przygrywa ćmom idącym do pieca. I jak z tą świadomością być pisarzem? Chyba trzeba umieć pobyć ćmą.

- Lecz Ty, niby ten Megaloxantha, skrzydlaty bohater „Delirium w Tharsys", namolnie zataczałeś kręgi wokół destrukcyjnego terenu, gdyż niemożliwego do zdobycia. Skąd pomysł „Tower of the word" i wiara, że uda ci się ujarzmić wirtualny świat?

- Z Jarkiem Chrostowskim w latach 90. zaczęliśmy tworzyć program komputerowy, który jeszcze dziś - o dziwo - wydaje się nowatorski. Zrobiliśmy założenie: stworzyć grę, w której każdy gracz na świecie, nawet gdyby było ich miliony, rozegra inaczej. Z matematyki wynika, iż jest to możliwe. Każda czynność, każdy wybór, którego gracz dokona ma swoje konsekwencje; do potęgi. Jak w życiu. Wchodziliśmy w krainę elfów, zawsze z innego miejsca. Pytałaś kiedyś – jakie zadania były do zrealizowania? Otóż sam nie wiem. Cele pojawiałyby się w ramach funkcjonowania tamtej rzeczywistości. Co najdziwniejsze, ja sam, jako współautor, po skończeniu programu nie wiedziałbym do czego gra zmierza.

Trzy lata pracowaliśmy jak wariaci i w końcu padliśmy na pysk potykając się o zwykłą prozę życia. Dedal to przerabiał w starożytności. Grawitacja życia każdego udupi. Tyle czasu, projekt rozgrzebany, a my przestaliśmy mieć za co żyć.

 

AKTORSTWO WOBEC ŻYCIA

 

- Które ze swoich dokonań cenisz najbardziej?

- O dziwo, króciutki flirt z teatrem studenckim. Przy klubie studenckim „Beanus" mój przyjaciel Jan Polak zainicjował działania teatru „Próba". Podłączyłem się w pewnym momencie i zrobiliśmy naprawdę niesamowitą sztukę. Chyba nazwaliśmy ją: „Polubiłeś to". Bardzo szybko zakazano nam wystawiania „tego" w Polsce. Rzutem na taśmę zdążyliśmy pokazać przedstawienie kawałkowi Europy, ale potem każdy z nas poszedł swoją drogą. Chyba tylko po to spotkało się wtedy tych pięciu facetów, żeby ten epizod mógł zaistnieć w naszym życiu. Każdy wnosił coś od siebie bez konsultacji: Janek robił dobry teatr, Erwin – mój przyszły bieszczadzki kompan – muzykę, a ja od początku postanowiłem, że będzie to zajadły antykomunistyczny paszkwil. Symbol bliski wizjom Grotowskiego okazał się uniwersalny, ponadnarodowy. Ja sceniczny anioł – hipis – amator pomagałem ludziom zrozumień, że w pewnym momencie zaczęli lubić swoją walkę z komunizmem. Lubić się, w rzeczywistości, w której się ustawili. Złośliwy anioł podmieniając rekwizyty, bez ustalenia, w czasie premiery – sprawił, że zaskoczeni aktorzy musieli zacząć onanizować się czerwoną flagą. A to wtoczyło sztukę na nowe tory...

Wtedy chyba zrozumiałem, że – jeśli jedyną prawdą życia jest samo życie, to jedyną prawdziwą sztuką jest aktorstwo, które próbuje to życie odzwierciedlać. 

- Aktorstwo jest wtórne wobec scenariusza i zinterpretowane poprzez kilku zazwyczaj ludzi. Literatura pozostaje zaś pierwsza i każdy, we własnych myślach ją widzi. Z kołujących się obrazów tworzy swój teatr. Dlatego nie zgadzam się.

- Nie. Książki są martwe bez czytelnika. Film jest ślepy bez widza. Scenariusz pozostaje niczym, jeśli ktoś tego nie przeżywa. Nie wyciągam twierdzeń z rękawa, już przysłowiowi starożytni Grecy aktorów w teatrze stawiali wyżej w hierarchii twórców, niż swoich filozofów i wierszokletów.

- Dwa tysiące lat populizmu. Zobacz jak spada poziom filmów SF, zwłaszcza amerykańskich. Bezsensowna bieganina podrasowana drogimi efektami. A gdzie fabuła i SŁOWA?

- W dokonaniach wielkich reżyserów i wielkich aktorów jest cząstka prawdy życia. Co więcej – dzięki filmowi pozostaje ślad genialnego aktorstwa, które w teatrze umierało z końcem spektaklu i wygaśnięciem pamięci odbiorców. Książka to przedmiot materialny, który czeka na ożywienie przez czytelnika i zawsze kogoś w końcu znajdzie, za lat sto czy dwieście. Film stał się taką samą szalupą ratunkową dla założeń reżyserów i przeżyć aktorskich. Minie sto lat i ktoś jeszcze raz spojrzy w oczy moim ulubionym aktorom Jankowi Gajosowi i Seanowi Connery, albo dostrzeże lśnienie rybiej łuski na lustrze w filmie „Blade Runner" R. Scotta.

 

GATUNKI – TO ONE ŻONGLUJĄ MNĄ

 

- Wróćmy do dobrej prozy SF – jakie są jej składniki?

- Tylko dwa: pierwszy to dobry warsztat pisarza, potrafiącego symbolami słów wyzwalać w czytelniku prawdziwe emocje. Ale to dotyczy literatury w całości. Drugi aspekt, to umiejętność kreowania wizji, jakie w rzeczywistości są ledwie zamarkowane, a mogą stać się istotą bytu. Innymi słowy – wizjonerstwo. Trochę to brzmi jak kabała, ale tym chyba jest pisarstwo SF – szamaństwem i wróżeniem z fusów. Do tego potrzebny jest swoisty rodzaj kapłaństwa i niewielu nawet wielkich pisarzy byłoby zdolnych napisać coś choćby przyzwoitego w formule SF. Zresztą – odwrotnie też.

- Jeżeli przyjmiemy, że na dobrą fantastykę składają się: oryginalny pomysł, wartka fabuła, intrygująca kreacja świata i wiarygodność bohaterów – to Ty wprowadziłeś coś jeszcze w słowa fizyków – malarskość, liryzm, rzeczywistość metaforyczną. Czy tego Ci brakowało?

- Nie ja wprowadzałem. Zajrzyj do trylogii Żuławskiego „Na Srebrnym Globie – Zwycięzca – Stara Ziemia". Wizjonerskie piękno prozy tego pisarza do dziś powala z nóg. Ale to było przed Drugą Światową. To było pokolenie Schulza i Grabińskiego. Potem, jak po każdym wojennym szoku, przyszła epoka prasowania umysłów. W dokonaniach guru mojego dzieciństwa, takich pisarzy jak Asimov, Clarke, Sheckley i wczesny Lem, rzeczywiście królował ascetyzm, a czasem wręcz artystyczna nieporadność. A ja przecież równolegle zachwycałem się Bułhakowem i Bruno Schulzem. Kiedy sam siadłem przy maszynie do pisania, musiałem jakoś zaspokoić swój głód.

- „Fala krwi trysnęła kobiecie prosto w twarz" [„Druga jesień"] - to mogłaby być scena z taniego horroru. Ale nie, „to tylko zerwany przez wiatr, wielki, czerwony liść". Skonsumowane motywy przemieniasz w poezję. Z drugiej strony bawisz się. Stok Kilimandżaro jest „cholernie daleko i wysoko". Konwencję baśni mieszasz z sensacją. Liryzm z naukową kreacją. Dlaczego żonglujesz gatunkami?

- Ja tu mam mało do powiedzenia. To one żonglują mną. Bo są. Jeżeli mam w tekście osiągnąć coś niezwykłego, to zastanawiam się, zastosowanie jakiego narzędzia będzie tu najskuteczniejsze. Jeżeli dojdę do wniosku, że będzie to malarskość i ekspresja literatury iberoamerykańskiej – zastosuję ją, jeśli psychologiczna wiarygodność Dostojewskiego – spróbuję. Po co? Ktoś przede mną trafił na każdy problem, z jakim mogę się zetknąć. Nie lubię wyważać otwartych drzwi. Również przez szacunek dla tych, od których próbowałem się czegoś nauczyć.

- „Cisza drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku, śniące żarliwy swój sen na podłodze" (S), „gdzie czas w nieskończoność powiela wzorzec sześciennych komórek, mateczników wypełnionych przez rój mszyc człekokształtnych, brzęczących namolnie, przyssanych do kranów  - upustów rozwodnionej karmy" (Ż). „Splatany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; strąki nasion eksplodują cicho" (S), „w szkarłatnym mateczniku, w gąbczastej gęstwinie, gdzie się zawiązał embrion życia pełen pierwotnej siły, tam właśnie bielało widmo hostii rozkrzyżowanej przejrzystą koronką" (Ż). Wiesz do czego pełnym meandrów szlakiem podążam?

- Niezły tekst. Ale w SF było kilka dobrze sprawdzających się duetów, z braćmi Strugackimi na czele.

- Najpierw „Jesień" Bruno Schulza (S), później „Druga jesień" Wiktora Żwikiewicza (Ż). Jak płynne uzupełniły się Wasze fragmenty. Czy nie bałeś się wprowadzać „takiego" języka do fantastyki?

- Dla twórcy „lęk" to uczucie obce. Tym samym również lęk przed porażką. Jeżeli coś mi nie wyjdzie, nic się nie zawali. Świat jest niewzruszony wobec wszelkich Werterów i Raskolnikowów. Ciągle to podkreślam, człowiek musi być uczciwy wobec samego siebie. Czy zostanie zaakceptowany przez bliźnich, to ich sprawa. Tak samo z krytykami i czytelnikami. Znajdą dla ciebie miejsce na półce, wtedy dobrze, nie – to nie. Jak robisz z tego problem to faktycznie staje się to tragedią dla twórcy i kończy zabawą w rosyjską ruletkę. Ale to chore i wypada udać się do psychiatry.

- Szaleństwo staje się również inspiracją. Jak wiele czerpałeś z Witkiewicza?

- Z prozy niedużo, bo jej nie rozumiem. Z malarstwa wszystko, bo nie potrafiłem przy nim zachować obojętności. Co z tego wynika? Jak w starym powiedzonku: Witkiewicz strzelał, Pan nasz kule nosił, we mnie trafił nie słowem, lecz obrazem. Potrafił ująć emocje, niekoniecznie musiały to być wynaturzone harpie. Działały nawet zwykłe ludzkie portrety. Co śmieszne mieliśmy coś wspólnego - on WitKIEWICZ, ja ŻwiKIEWICZ, dlatego pewnie od pierwszego wejrzenia spodobał mi się ZiemKIEWICZ.

 

PEANY HEROSÓW ZE STYROPIANU

 

- Opowiadania Schulza były na tyle niekonwencjonalne, że tom pierwszy znalazł wydawcę tylko dzięki staraniom Zofii Nałkowskiej? A jak ty oczarowałeś wydawców, zwłaszcza w latach 80., pisząc aluzyjnie: „ciąć! – cal po calu karczować korzenie tego drzewa, chorego od nasienia aż po siódme poty! [...] Nauczyłeś się trzymać pysk na kłódkę zamknięty. To dlatego, rozumiesz, braciszku? To dlatego dzisiaj nie masz odwrotu..." („Druga jesień").

- Kabareciarze za komuny mieli swój sposób; taką wieloznaczność słów, że cenzor nie miał się czym pożywić, chociaż widzem chichot rzucał o podłogę. W końcu przestali cenzurować słowa i chodzili na spektakle, żeby rzecz ciąć według reakcji publiczności. W pełni świadomie zabrałem się za swoją robotę. Tak naprawdę w pocie czoła tkałem zasłonę dymną. Piękno. Gęstość znaków. Niby głębia psychologiczna. A przecież chodzi o rzeczy proste. Można wzdychać pod balkonem Julii. Ale gdyby raczyła zejść można by to wyrazić prościej. Ale gdy wszystko sprowadzi się do pełnej prostoty – trochę żal tych wzdychań. I – tak naprawdę – nigdy tak naprawdę nie walczyłem z komuną, to tylko chwilowa przypadłość określonego społeczeństwa, bolesna – bo bezpośrednio dotknęła mnie, mojego ojca, mojej rodziny jeszcze na Kresach. Czerwony czy czarny – nie ma znaczenia, zawsze mnie mierził każdy totalitaryzm. Nawet dzisiejszą demokrację postrzegam w ten sam sposób. Mea culpa. A może to wina młodzieńczych lektur haczących o księcia Kropotkina.  

- Czy odnosisz wrażenie, że kiedyś było łatwiej – trochę prowokacyjnie: stworzyłeś Czerwonego Potwora, a wszyscy mówili – o jaki odważny, walczy z systemem...

- Drogie dziecko, chcesz mi powiedzieć, że w hitlerowskich Niemczech łatwiej było być antyfaszystą? Nie. W juwenaliach NSDAP przed Reichstagiem praktycznie każdy Niemiec unosił rękę w natchnionym pozdrowieniu swojego Fuhrera. Tak samo było w komunie. Ludziom żyło się nieźle, mieli swoją kiełbachę i musztardę dla przepychu. I raz do roku publiczny występ w pierwszomajowym kondukcie. Problem zaczynał się wtedy, gdy tej kiełbachy zabrakło. Wtedy, jak grzyby po deszczu, mnożyli się bojownicy o wielką sprawę. Powiem więcej, w latach 90-tych byłem porażony nagłym wysypem antykomunistów. Jej Bohu! Przecież trzy-czwarte swojego przydziału na życie strawiłem w pociągach. Praktycznie mieszkałem w każdym polskim mieście, szybko zawierałem znajomości, więc orientowałem się w środowiskach. Na palcach dwóch rąk mógłbym policzyć antykomunistów, jakich spotkałem, no może moja córeczka wystawiłaby nóżkę, to było by jeszcze pięć paluszków. A tu nagle wolność i stada partaczy, którzy w stanie wojennym dali się zgarnąć za pierwszym zamachem, wyłażą na afisz i trują o swojej walce z komunizmem. Zresztą, o jakiej walce mówimy. Komuna już przywdziewała fraki i białe rękawiczki, chociaż jej pretorianie czasem knocili robotę, więc padł ksiądz Jerzy i Przemyk. Ale przecież niewiele wcześniej setki bezimiennych mogił grzebano cichcem po kątach cmentarzy Gdańska i Poznania, i ledwie pokolenie przestało raczkować od czasu, kiedy goniono po lasach niedobitki tych, dla których koniec Wehrmachtu nie oznaczał końca wojny. A na innym końcu świata setki tysięcy ludzi wciąż użyźniało wieczną zmarzlinę GUŁAG-ów. A w Mandżurii do dziś błękitnymi oczami patrzą w step potomkowie najemnych robotników, którzy – waleni kolbami po hardych karkach - przyszli tam pieszo prosto z lwowskiego gimnazjum. O jakiej walce mówimy? O tym, co ktoś przemycił między wierszami? O zaśpiewach Kaczmarskiego? Patrzyłem w twarze ludziom, kiedy śpiewał. Prężyli piersi, czasem ktoś otarł łzę, a po występie wracał do flachy i kiełbachy. Każda epoka ma swoich bardów. I wojowników. Pierwsi mają śpiewać, drudzy walczyć i ginąć. Takie ich powołanie. A naród? A społeczeństwo? Świadomość jest mu niepotrzebna. Jego zadanie jest jedno, i to najważniejsze – przetrwać. To się udało. I w kondycji niezłej. Ale peany herosów ze styropianu wciąż doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

 

TANI FALSYFIKAT, A MISTRZOWSKA KARYKATURA

 

- Stanisław Lem ponad pół wieku temu dowodził: „realizm – to zgodne z obiektywną rzeczywistością, artystyczne odzwierciedlenie głównych nurtów i dążeń społeczeństwa. Pisarz powieści współczesnych ukazuje je w swoich książkach bezpośrednio, pisarz zaś powieści fantastycznych, opierając się na tych aktualnie istniejących tendencjach rozwojowych, przedłuża je w przyszłość. A  więc niejako jeszcze bardziej uwypukla i podaje, jak gdyby w znaczeniu powiększonym" („Imperializm na Marsie", „Życie Literackie" 15 II 1953). Czy zgadzasz się z nim?

- Ani na milimetr. Tu pan Stanisław plecie bzdury. I wiem dlaczego. Po pierwsze - był młody. Po drugie - nigdy nie lubił być postrzegany jako artysta, byle literat. A tu wystarczy do literatury przyłożyć dość prymitywne matematyczne narzędzie, jakim jest ekstrapolacja i z błazenady mamy Jego ukochaną futurologię, czyli prawie naukę, a może nawet filozofię. Niestety, futurologia, czyli przedłużanie w przyszłość istniejących tendencji, nigdy niczego wielkiego w przyszłość nie przeniosło. Kiedyś konstruktorzy, kreślarze i malarze używali narzędzia zwanego pantografem. Z jednej strony masz coś mikro, a po drugiej stronie pisak czy pędzel kreśli ci to samo, tylko makro. Otóż jak się weźmie i obrysuje, dajmy na to – robaka, to po drugiej stronie nie będzie nic więcej, jak ten sam robak, tylko większy. Tyle futurologia. Literatura fantastyczna potrafi dużo więcej, poza wartością artystyczną udaje jej się czasem dokonać syntezy, czyli stworzyć nową jakość. Obrysowujemy stegozaura, a w odbiorze wychodzi archeopteryks. Pardon, chyba mnie poniósł hurraoptymizm…

- Co by było, gdyby na przykład Janusz Zajdel w swoich książkach czynił to właśnie, o czym mówi Lem?

- Uchowaj Panie! Janusz miał umysł, który nie był prymitywnym szkłem powiększającym. Co przeszło przez tę maszynkę, nie było tanim falsyfikatem, lecz mistrzowska karykaturą. A to, przyznajmy, zupełnie inna para kaloszy. Rysowników, potrafiących zmajstrować dobrą kopię mogą być tysiące, komputer czy skaner w ogóle nie potrzebują do tego talentu, ale wyśmienici karykaturzyści to prawdziwy cud natury. I takim był dla mnie Zajdel. Poza tym, ja to wiem, bo widziałem, jak dziką radochę sprawiało Zajdlowi tkanie różnych jego fabuł. Z czego miałby się cieszyć, gdyby z robaka zrobił dużego robaka?

- A dzisiaj jaka powinna być rola fantastyki?

- Bo ja wiem? A czym się różni rola kobiety i mężczyzny w komunie i tych dzisiejszych? Robimy to samo, co zawsze. Fantastyka to jajo, które niektórzy znoszą w pocie czoła. Czytelnik to wysiedzi i zobaczy, co się wykluje. Ale czy warto było wysiadywać, o to zapytasz swoich wnuków.

 

PRZEPIS NA ZUPĘ, KTÓRĄ CYWILIZACJA DOSTANIE NA OBIAD

 

 - „Część krytyków na świecie uważa, że to co piszę, jest naturalistyczne, a część, że to surrealizm. Wygląda na to, że jedni i drudzy mają rację, bo na początku naszego wieku XXI odróżnienie naturalizmu od surrealizmu robi się coraz trudniejsze. Wszystko, co piszę, dzieje się w świecie realnym. Jest tak realne, że brzmi nierealnie" – zauważa, Janusz Głowacki („Z głowy"). - Współcześni pisarze fantaści przede wszystkim walczą ze smokami, a tymczasem demona rzeczywistości demaskują niekiedy „zwykli" pisarze na łamach całkiem realistycznych powieści. Co o tym sądzisz?

- Złapię za słowo: demon rzeczywistości. Tak naprawdę fantastykę mało obchodzi demon rzeczywistości. Ona próbuje chwycić za rogi demona przyszłości, a do tego nie wystarczy być bystrym obserwatorem teraźniejszości.

- Owszem, nie wystarczy, ale trzeba nim być.  Weźmy np. cyberpunkowego „Neuromancera" Gibsona...

- To ostatnia powieść SF, którą byłem w stanie przeczytać z pełnym entuzjazmem. Ale dobry autor miał tu szczęście trafić na świetnego tłumacza.

- Bo ten świat jest prawdopodobny. Odpowiada na lęki o skalę ingerencji nowinek technicznych w nasze umysły, ale ludzie pozostają starymi, dobrymi egoistycznymi homo sapiens. Dzisiaj prawie ziściło się cyberpunkowe blokowisko. Jednak SF nie ciągnie tych wizji, wycofuje się.

- Uwielbiam bajki, ale niech to będą bajki – o smokach, księżniczkach i rycerzach. SF nie jest baśnią, lecz projektem do zrealizowania. Fantastyka jest jak przepis na zupę, którą kiedyś nasza cywilizacja dostanie na obiad.

- Patrząc na projekty Verne'a, właściwie żyjemy w fantastycznej globalnej wiosce. Społeczeństwo skolonizowało pożółkłe karty dawnych powieście science fiction. A Wy gotując zupę, uprawiacie marchewkę, groszek, uganiacie się za kurą, podczas, gdy owe produkty leżą w każdym markecie!

- Gibson tego nie zrobił w „Neuromancerze". Poza tym strasznie mnie irytuje pogląd, że życie przegoniło wizje pisarzy SF. Choćby coś działo się „w świecie realnym i było tak realne, że aż brzmiało nierealnie", to miejmy świadomość, że prawdziwa przyszłość nie ma nic wspólnego z teraźniejszością, bo wrócilibyśmy tu do prymitywizmu futurologii.

- Ale w literaturze głównego nurtu znajdujemy dziś tak piękne, a wręcz fantastyczne wizje: „Obserwuję panie i panów wyprowadzających psy do parku i na trawniki – i widzę nad miastem Wielkiego Szydercę, z milionem smyczy w ręku, który podobnie wyprowadza te panie i tych panów, i ich dzieci – do biur, szkół, fabryk, teatrów. Niektóre psy szarpią się na tych smyczach. Urywają się, upiją. Dziczeją. Napadają, gryzą – inne psy. Ale nie Szydercę. Nawet nie wiedzą, że On jest. Bo nie patrzą wyżej. Ale ja popatrzyłem. I chciałbym go rozszyfrować, tego Szydercę". (Edward Redliński, „Telefrenia")

- No cóż, żałuję i nie pojmuję, jak to się stało, że to nie ja napisałem. To lepsze niż Wielki Brat w amerykańskiej naiwnej wizji komunizmu.

- „Nonsens oswojony codziennością" – taką demaskację rzeczywistości znajdujemy w całkiem realnej powieści Eustachego Rylskiego, „Człowiek w cieniu".

- Ale ja nie widzę nonsensów oswojonych codziennością. Historia świata nauczyła mnie, że każdy absurd jest do zrealizowania i każde okrucieństwo do zaakceptowania – przez społeczeństwo. Tylko jednostki miewają w sprawie inne zdanie, ale ich głos zwykle ginie w porykiwaniu stada. Pisarz ma to szczęście, że może swój światopogląd przytwierdzić do kartki i zostawić innym pokoleniom.

- Czy niepostrzeżenie nie staliśmy się pionkami w antyutopijnym świecie? „Współczesny człowiek otrząsa się z niebezpieczeństwa, niczym kaczka z wody i wciąż idzie naprzód, wciąż pnie się do góry, ku lepszemu. A tam – jak zwykle – nic, tylko pustka, nuda, beznadzieja, wobec której nie pozostaje nic innego, jak zapełnić ją nowymi towarami i telewizyjnymi sensacjami". Zostaliśmy podbici też wewnętrznie i nic nam nie pozostało tylko „wpychać siebie w ten lepki gąszcz rzeczy i zdarzeń, bądź niesamowicie rozrzedzoną próżnię" – pisze bydgoszczanin, Stefan Pastuszewski („Proboszcz").

- Ha, Egipcjanie za faraonów wymyślili chór zawodowych płaczek. Współczesna literatura pięknie wpisuje się w te zawodzenia. Podejrzewam lub podglądam kolejną kartę. Wistuj. Skomentuję równocześnie.

- Tak jakoś wyszło, że to przede wszystkim mężczyźni tworzą literaturę fantastyczną, a ci „mają dziś zamiast dłoni, trzęsące się łapki, sprytne paluszki, chytre kciuki... Nie ma dłoni na które czekają kobiety! Faceci mają dziś dłonie do brania łapówek, paluszki do komputerów, dłonie do załamywania łapek, wznoszenia toastów, trzymania gazety..." („Naga"). Jak skomentujesz tę opinię twojego przyjaciela Krzysztofa Derdowskiego?

- Jakbym go nie znał! Krzysztof to kawał mena. Taki słowiański Marlon Brando. On nawet nie wie, że tak mu się świat jawi ze zwykłej zazdrości, z zawiści faceta, który spoważniał, ale trudno mu przełknąć gorzką prawdę, że nowe Piękne mają w nosie Bestię, a wolą facetów z paluszkami do komputerów. Bardzo mi to przypomina rozdzieranie szat kolejnych rzymskich patrycjuszów, nad upadkiem moralności w Wiecznym Mieście. Minęły dwa tysiące lat i co? Pod Olimpem mówi się po włosku i nikt nie ma łap do miecza, to fakt, ale powiedz Włoszce, że jej chłop to nie facet. Wbrew pozorom trafiamy tu w sedno różnicy między autorami tak zwanej literatury klasycznej i pisarzami science fiction. Ci pierwsi, i to przebija nawet z tego, co mówią i piszą tak wspaniałe osobowości jak Rylski, Redliński i Głowacki, są zadziwieni rzeczywistością. Jakby rzeczywistością można się było dziwić. Rzeczywistość jest normalna. Zawsze. Zdziwienie, przerażenie, ale i zachwycenie pojawia się wtedy, kiedy ktoś po prostu zaczyna odstawać od rzeczywistości. Zadałem kiedyś moim dzieciom pytanie: jaki jest świat? Patrzyły na mnie jak na idiotę. Wreszcie syn stwierdził: normalny. I ja mu wierzę. Pisarze SF nigdy nie rozdzierają szat nad rzeczywistością, bo ich impet twórczy skierowany jest w przyszłość, a nie pochłonięty tym, co mieli za młodu, a co im świat wystrugał na starość. Komputer jest rzeczą normalną, jak światło i ciemność. Genetyka również. Zabawa genetyką – również. Co ma upaść – upadnie. Co ma przetrwać – przetrwa. Zdziwienie może być jedno – całym światem. Jeśli pojawi się coś cząstkowego, co mnie wprawi w osłupienie, to znaczy, że czas pakować manatki. Dlatego też – sorry – nie podzielam bólu wielu moich kolegów, również Stefana Pastuszewskiego i Krzysztofa Derdowskiego. Jeśli się dziwią i są rozczarowani współczesnością, to znaczy, że nie czytali paru tysięcy książek SF, które tę i jeszcze dalszą współczesność opisują. Świat jest normalny. Mężczyźni są normalni, chociaż z chipem w oku, i normalne kobiety, chociaż nie wyglądają jak paleolityczna Wenus. A jak ewolucja pozbędzie się kobiet i mężczyzn? No to co? Dwupłciowość nie jest biologiczną koniecznością. Trochę mniej wzlotów, a może i nie, przecież i tak większość z nas najbardziej kocha samych siebie.

- W „Kryształowym sześcianie Wenus" jest świetne opowiadanie Roberta Shekley'a, pt. „Zwiadowca – minimum". Tam na obcą planetę  wysyła się ludzi najmniej zaradnych. Jeśli oni przeżyją – to koloniści również. Czy widzisz tu analogię? Populistyczne wizje docierają do mas?

- Trafianie w masy jest powołaniem polityków, a nie artystów. Jeżeli twórca za swoje powołanie uważa dotarcie do mas, to od razu może skierować kroki do wychodka. Ta droga jest zresztą nieźle wydeptana.

 

TWOJA ŚMIERĆ JEST MOIM ŻYCIEM

 

- „Proszę, powiedz mi, kto trzyma kierownicę? Kto wie, dokąd jedziemy? Kto utrzyma pod kontrolą badania genetyczne i dziesiątki innych, zabójczych zabawek, które rodzą się każdego dnia?" – te pytania zadaje Rafał Ziemkiewicz, w trosce o los Polski („Pieprzony los Kataryniarza"). A jak ty odpowiesz?

- Ech! Rafał jest młody, a był jeszcze młodszy kiedy pisał „Kataryniarza...",  i te pytania trochę przypominają młodzieńcze problemy egzystencjalne. Z wiekiem człowiek przestaje zadawać sobie pytania, na które nie ma odpowiedzi. A raczej jest jedna, stara jak świat światem. Powiedziano w Biblii: dał Pan człowiekowi wolną wolę. Drobny egocentryzm. Myślę, że „wolna wola" przypadła całemu światu. Dlatego nie ma za kierownicą żadnego crazy ridera, jak nie ma nad nami Wielkiego Szydercy. Istnieje tylko ewolucja. A na czym polega ewolucja? Na tworzeniu i zabijaniu. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Napisałem kiedyś fatalnie nieczytelną powieść o ewolucji, pt. „Imago". Mało kto był w stanie to strawić, więc i mało kto pewnie zwrócił uwagę na motto tej książki. Wszyscy znają zawołanie idących na śmierć gladiatorów, warto wspomnieć, co do gladiatorów wołała publiczność. Chciwi krwi rzymianie krzyczeli „mors tua, vita mea", to znaczy „twoja śmierć jest moim życiem". To samo mówi nam ewolucja. I to nie tylko ta w prymitywnym, biologicznym wydaniu. Dlatego „zabójcze zabawki" Rafała to zwykłe narzędzia na jej chirurgicznym stole. Można się ich bać, jak fotela dentysty, ale też trzeba mieć świadomość, że po tym – czego nie ma, jest coś innego. Wymarły dinozaury – ich sprawa. Wymrze człowiek – jego sprawa. Świat będzie trwał. Tak samo, jak trwa nasza cywilizacja, spokojnie przechodząc do porządku dziennego nad śmiercią jednostek i całych narodów.

- W „Czasie Fantastyki" nr 9  powiedziałeś o Lemie: „Ego pana Stanisława kipiało jak woda w imbryku, więc to On mnie zasypywał pomysłami i nie była to rozmowa, lecz monolog geniusza. [...] byłem zachwycony, bo też chciałbym mieć tyle we łbie, żeby mi nikt nie był do szczęścia potrzebny". Ale chyba tak jest też trochę z Tobą?

- Złudzenie optyczne. W każdym z nas jest tyle samo fusów, co klarowności. Tylko za młodu wszystko to trwa w radosnym wrzeniu. Dopiero starcom klarowność wychodzi na wierzch. Ale szlamu na dnie jest tyle samo. Ludzie z wiekiem zaczynają się zachwycać tym, co im się w głowach poukładało i zapominają zręcznie o swoich mieliznach. Dla mnie to ideał głupca. Bronię się przed tym. To wszystko. Ale twierdzenie, że jak się ma „tyle" we łbie, to nikt nie jest ci do szczęścia potrzebny, świadczy jednak o piramidalnej głupocie autora.

 

UCIECZKA, BIZNES PLAN I DZIURA W PIACHU

 

- „Takich jak on znałem tysiące w każdym zakątku ziemskiego śmietnika. Odcięci od świata tępieją z roku na rok, warzą się we własnym sosie i obrastają w ślimaczą skorupkę" – napisałeś w opowiadaniu „Sindbad na RQM 57". Z kolei w „Drugiej jesieni" 32-letni Wiktor twierdzi: „Może i osobowość nasza jawi się rzeczywiście szczytowym osiągnięciem ewolucji – jak trudno jednak zachować jasność myśli, kiedy jesteś zmuszony zbyt długo zostać sam na sam ze sobą". Reasumując, czy nie żałujesz, że zerwałeś kontakty w dawnymi przyjaciółmi?

- Nie zerwałem, tylko wypadłem poza horyzont zdarzeń. I  jest jak jest.

- Czy zachowałeś jasność umysłu?

- Powiedziałem wcześniej, że człowiek – czy chce tego czy nie – jest zwierzęciem stadnym. Jako Szymon Słupnik tkwię na moim słupie, ale zdaję sobie sprawę, że pewnych spraw nie przeskoczę samodzielnie. Czasem mi gdzieś gra na Anioł Pański, ale jestem za głupi, żeby złapać w jakim kościele. Warto mieć przyjaciół, którzy znają się na sprawach, o których nie masz pojęcia. Pytasz fachowca, a potem piszesz coś, na co cię samodzielnie nie stać. Zawsze to robiłem. I sprawiałem wrażenie inteligentniejszego niż w rzeczywistości byłem. Brakuje mi tego.  

- Dla telepatów kontrolujących rzeczywistość w „Człowieku do przeróbki" Alfreda Bestera najgorszą karą jest wykluczenie z kasty, ostracyzm. Dlaczego się sam na to skazałeś?

- Po prostu poniosłem pewną porażkę, dwa lata to do mnie nie docierało, później nie chciałem pomocy z nikąd. W pewnym momencie zaakceptowałem tę sytuację. Uciekłem. Dzisiaj i tak żyję tylko dlatego, że miałem przyjaciół, którzy tej sytuacji nie zaakceptowali.

- Widziałam radość w Twoich oczach, gdy po wielu latach w czerwcu 06 witałeś się na bydgoskim dworcu z Maciejem Parowskim...

- Jadłem u Niego w domu najwspanialszą pizzę w Warszawie. To moja pamięć. Więc na bydgoskim dworcu witałem się z kawałkiem siebie, z milszych czasów. A poza tym odkryłem, że go jednak lubię. Kiedyś, byłem jednym z niewielu, któremu podobała się w pełni powieść z „Twarzą ku ziemi". Szkoda, że porzucił własne pisarstwo.

- Jak doszło do wydania „Kajomars i inne opowiadania"?

- Nigdy by tej książki nie było na świecie, gdyby nie kilku wariatów, chociaż filozofów Grzesiu Dominiak i Marek Kazimierz Siwiec. Moi przyjaciele w Bydgoszczy, koniecznie chcieli ze mnie znów zrobić autora. Grzegorz chyba do dzisiaj tej książki nie spłacił własnej żonie...

- Nad czy pracujesz?

- Nad tym, co mnie bawi. Napisałem piosenkę, której nikt nie zaśpiewa. Świetna zabawa. Położyłem się spać i przyśniła mi się inna piosenka. Muzyka, że aż ciary chodzą po człowieku. W dodatku po angielsku, a ja ten język znam tyle, żeby mnie komputer nie miał za ostatecznego durnia. Zanucę ci refren:

„Burn burn burn /  My girl is death

My witch is free / I'm slave".

Chyba z pięć minut zastanawiałem się nad tym refrenem i wymyśliłem śliczne opowiadanie SF. Może nie bardzo science, ale chyba je napiszę. Będzie miało tytuł „Modlitwa o dwa naboje 9 mm".

- Dlaczego nie wydajesz „Kosmodramu Machu Picchu", „Aborta", czy  cyber-punkowej powieści „Bydgoszcz My Love"?

- „Abort" gdzieś mi się zapodział. „Bydgoszcz My Love" jest jak My Love, żal kończyć. Z „Kosmodramem" rzecz prosta. W czasie Drugiej Światowej był taki epizod ze wspaniałym lotniskowcem III Rzeszy nazwanym „Graf Zeppelin". Nawet go Niemcy zwodowali, ale nigdy nie wypłynął na szeroki przestwór oceanu. Dlaczego? Bo Wielkiej Rzeszy nie było stać na dokończenie budowy. Prosty rachunek ekonomiczny. Ludzie naiwni postrzegają sztukę jako coś, co artyście spadło z nieba. A przecież to również zwykłe przedsięwzięcie ekonomiczne. Niby „Kosmodram" jest skończony od dwudziestu lat. Ale to przeszło tysiąc stron maszynopisu dość skomplikowanej łamigłówki. Mam we łbie ostateczną redakcję tekstu, ale potrzebuję do tego z półtora roku furiackiej pracy. Możliwie w ciszy i spokoju, i z pełnym żołądkiem. Niestety, z mojego biznes planu wynika, że nie stać mnie na to.

- Zawsze uważałem, że wspomnienia należy odkładać ad acta tak długo, aż ci nic innego nie zostanie, prócz ich hołubienia... – napisałeś w 1978 r. („Sindbad na RQM 57"). I jak to jest dzisiaj?

- Dzisiaj przychodzą do mnie młode osoby i pytają o wspomnienia. A ja myślałem, że zawsze będą mnie pytać o przyszłość.

- Może wydawać się, iż posiadasz bogatsze wspomnienia niż życie dziś.

- Kłania się teoria względności.

- Za cenę abnegacji zyskujesz wolność. Niektórzy ci zazdroszczą, ale mimo to nie zamienili by się, gdyż nie potrafią już obejść się bez ciepłej kąpieli.

- Wolność to ciężki kawałek chleba.                                                      

- Jak my - garstka czytelników pana „ze zwieszonym wąsem – reliktem sarmackiej legendy", „hołubiącego mitom po zaściankowej szlachetczyźnie i resztkach wileńszczyzny", „tkwiącego w bunkrze" (tak się charakteryzujesz w „Drugiej jesieni") – możemy Ci pomóc? Jak możemy pomóc sobie i przyśpieszyć lekturę Twoich nie wydanych jeszcze powieści?

- Jak Tymon Ateńczyk, tytułowy bohater Wiliama Szekspira, wykopał sobie dziurę w piachu, to na cholerę mu była pomoc Aten. A moje powieści? Zawsze jest szansa, że – jak Tymon – na dnie tej dziury odkryję żyłę złota.